Moja fascynacja muzyką filmową miała miejsce dosyć dawno, gdy miałem 9 lat. A było to w kinie na Parku Jurajskim w 1993 r. Fenomenalna muzyka i jej motyw przewodni, gdy helikopter nadlatywał z oceanu w górskie zielone doliny wywołał dreszcze na mojej skórze. John Williams wraz z całym dostojeństwem orkiestry i wspaniałymi tematami sprawił, że jego muzyka bardzo mnie poruszyła, a włosy stawały dęba. Najbardziej co zapamiętałem po wyjściu z kina to nie tylko dinozaury, które były naprawdę przerażające i realistyczne, ale muzyka, która dudniła mi w uszach, sprawiała, że nie mogłem zasnąć, ale wciąż próbowałem odtworzyć te monumentalne tematy które jednak z upływem czasu 9 latkowi uchodziły z głowy. Długo jednak pamiętałem swoje podekscytowanie i podniecenie do granic wytrzymałości. Był to dla mnie okres i pozwolę sobie go nazwać - narastającej fascynacji muzyką filmową. Zaledwie 3 lata później dostałem w prezencie Braveheart. Był to mój pierwszy oryginalny soundtrack i jednocześnie najlepszy prezent w moim życiu. To był mój pierwszy score i stał się on początkiem do czegoś niesamowitego i zmysłowego. Czegoś co stało się częścią mojego życia.
niedziela, 1 marca 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz